Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

blue

Padało. Właściwie to lało jak z cebra.
Deszcz szumiał monotonie, wielkimi kroplami uderzając o martwy bruk. Gdzieś błysnęła błyskawica, rozświetlając wszystko dookoła na czas krótszy niż uderzenie serca. Potem był drugi grom. Chwilę później trzeci. Ciemności nocy są jednak niepokonane, byle marne światło nie jest wstanie im sprostać. Zwyciężają, a okolica znów pogrąża się w nieprzeniknionym mroku. I tylko z rzadka można dostrzec pojedyncze kropki prymitywnych lamp. Są jednak niegroźne. Za mało ich, są za słabe. Pod koniec nocy i one jej ulegną, zdławione w końcu nieprzejednanymi ciemnościami. Nawet gwiazd nie ma - burzowe chmury wiszą zbyt nisko, jakby tworzyły drugie sklepienie niebieskie, o wiele bliższe codzienności, zwykłości. Chmury płaczą rzewnie, lecz te łzy świadczą o niczym. A przecież jeszcze kilka godzin temu słońce zachodziło na rubinowo, a niebieskie niebo było czyste.
Noc. Piękna, ponura noc.
Siedział skulony, podobny do kamiennego gargulca. Za plecami w milczeniu kołysał się pęknięty dzwon. Dzwonnica świątyni kapłanów biedoty naprawdę była doskonałym punktem obserwacyjnym. Rozpościerał się z niej widok na całą dzielnicę. Slamsy wyglądały stąd jeszcze bardziej paskudnie niż z poziomu gruntu. Brudne, obdrapane bryły piętrowych kamienic, byle jak sklecone budy, rozpadające się stragany, puste alejki tchnące brutalnością i głupotą, a wszystko to zatopione w mroku i ciszy.
Cisza. Tego potrzebował. Irytowały go te nieustające rozmowy, próby dociekań ociekające ignorancją, mozolne wydobywanie potrzebnych informacji. Nie chciał się z niczego tłumaczyć, nie potrzebował tego, a ich to tak naprawdę nie obchodziło. Chcieli wiedzieć, lecz ta wiedza była dla nich tylko do niczego niepotrzebną ciekawostką. Nie zdawali sobie nawet sprawy, jak te pytania go drażnią, jak są niepotrzebne, zabierają jedynie czas i energię. Był dla nich dziwadłem które podjęło się próby rozwiązania nierozwiązywalnej sprawy. Nie wierzyli w jego sukces. Było to dla niego obojętne. I tak zrobi, co będzie musiał.
W ręku trzymał Fobosa. Ostrze, lodowato zimne, jarzyło się nienachalnych błękitem. Piętnaście centymetrów zdobionej, czarnej rękojeści, trzydzieści zakrzywionej, jednosiecznej i szerokiej klingi. Jego prawie bliźniaczy brat cierpliwie czekał w drugiej pochwie, przytroczonej do uda. Najlepsze narzędzie mordu jakie mógł sobie wymarzyć zabójca. Jego ostrza. Jedyna broń. Inna nigdy nie była mu potrzebna.
W pewnym sensie ich rozumiał - ludzi mieszkających tutaj. Byli pozostawieni swemu losowi, zdani tylko na siebie. Nie mogli oczekiwać żadnej pomocy. Straż miejska nie często się tu zapuszczała, a już na pewno nie w nocy. Rada miejska przypominała sobie o nich tylko podczas ściągania podatków. Mieszkańcy innych dzielnic udawali, że to miejsce nie istnieje. Do kogóż zatem mieli się zwracać z pomocą? Tylko takie osoby jak Gevelerein były gwarantem jakiegoś porządku i spokoju. Nic zatem dziwnego, że sprawa potwora nie była mu obojętna. Szef miejscowych złodziei był mniejszym złem, na podobieństwo Gildii Cienia, tylko w jeszcze mniejszej skali, lokalnej. W gruncie rzeczy, zupełnie go to wszystko nie obchodziło, całe te intrygi, cała ta miejscowa polityka. To Gavelerein pierwszy poprosił go o pomoc i zaoferował zapłatę. I pomoc tę otrzyma.
W pewnym sensie ich rozumiał. Podobnie jak oni w pewnym sensie potrafili go zaakceptować.
Wyprostował się. Już pora. Polowanie czas zacząć.
Zamknął oczy, skoncentrował się, skupił, zaczął nasłuchiwać całym sobą. Było to diabelnie trudne. Musiał się odciąć od tej rzeszy dusz pogrążonych w letargu i skupić się na tych pojedynczych aktywnych, przechadzających się o tej porze ulicami. Szum uśpionego życia raz po raz to narastał, to za chwilę opadał, dławiony jego żelazną wolą. Gdzieś na granicy jaźni tętniła w skroniach piekielna muzyka jego dziedzictwa. Po chwili w jego umyśle zajaśniały pojedyncze punkty, jakieś dziesięć osób na tyle szalonych, by wabić bestię. Szukał jakichkolwiek anomalii wokół tych straceńców - oznak zła, demonów, plugawej magii, mroku. Śpieszył się. Wiedział, że ma najwyżej kilka minut zanim chaos w jego głowie stanie się nie do zniesienia. Potem będzie musiał odpocząć chwilę. Liczył na łut szczęścia. Oczywiście mógł pójść na łatwiznę - wystarczyło tylko poczekać na krzyk szlachtowanej ofiary i w szybko udać się w tamto miejsce. Wtedy jednak skazywał tego nieszczęśnika na śmierć. Nie chciał tego robić.
Nagle poczuł to, poczuł całkiem wyraźnie. Duża plama mroku, szybko i bezszelestnie sunąca za swoim przyszłym łupem. Pełna nienawiści i gniewu. Łaknąca krwi, bezwzględna i nieprzejednana, pragnie tylko jedno - zabijać. Była całkiem blisko, ledwie parę uliczek dalej. Szykowała się do ataku.
Fobos z sykiem trafił do pochwy. Rosivid skoczył na dach pobliskiego budynku. Wylądował na kuckach, przetoczył się, wystrzelił jak sprężyna. Biegł, lekko pochylony, cały czas przed siebie, prosto do celu. Zręcznie przeskakiwał z budynku na budynek, ponad ciasnymi uliczkami slamsów. Płaskie dachy wszystko ułatwiały. W uszach dudniła mu muzyka demonów, niemal słyszał chrapliwy oddech bestii, wyobrażał otępiającą nieświadomość ofiary. Szybciej, szybciej! Każda sekunda się liczy.
W oddali zajaśniała błyskawica. Wilgotny niebieski szal lepił się do jego twarzy. Kolejna przerwa między budynkami była zbyt szeroka, lecz to go nie zatrzymało. Skoczył na jakiś balkonik, stamtąd po oknie wspiął się wyżej, na belkę rozpiętą, demony wiedzą po co, nad uliczką. Nie zwalniając przebiegł po niej, zachowując pełną równowagę. Pochylił się jeszcze bardziej. Świat rozmył się w szaleńczym pędzie, zaufał więc swym wyjątkowym zmysłom. Dach, przerwa, potem kolejny dach i jeszcze jedna przerwa. I w górę, po pionowej ścianie - przyległy budynek był wyższy o jedno piętro. Na szczycie miał gołębnik. Dalej, dalej! Bestia jest już nieopodal, jeszcze chwila, mała chwila! Skok, wspięcie się, rozbieg, kolejny skok - ruchy wyuczone na pamięć już dawno zastąpiły pierwotne instynkty. Kolejny dach, jeden z ostatnich, skośny, pokryty zniszczonym dochówkami, śliski i lśniący. Sunie po nich przez sekundę czy dwie, odbija się od jego krańca, szybuje chwilę w ciszy, by tylko wylądować na położonym niżej daszku jakiegoś straganu. Zeskakuje na ziemię. W ciemnościach wita go brukowana przestrzeń targowiska i kilka samotnych latarni. Nieopodal profil potwora podchodzi wolnym krokiem do ofiary.
I wtedy rozlega się kobiecy krzyk. A właściwie to dziewczęcy.
Kolejny błysk, kolejny grzmot dudni w uszach. Światło obdarza prawdą na ułamek sekundy. Ujawnia całą istotę, pokazuje ją w pełnej krasie. Wysoka na dwa i pół metra, lecz mocno przygarbiona. Szeroka w barach i umięśniona, pokryta szaro - czarną, łuskowatą skórą. Nogi ma, podobnie jak zadnie u wilka lub psa, wygięte do tyłu, zakończone trójpalczastymi łapami. Górne kończyny aż za bardzo przypominają ludzkie ramiona, z dłoni których wysuwają się krótkie, wygięte do środka, ostre ja diabli szpony. Wyrastającej prosto z klatki piersiowej głowy nie sposób dostrzec, lecz od razu wiadomo, że nie ma żadnych rogów. Jest gładka, bez jednego nawet włoska. Reszta jest jednak niewidoczna, ukryta w nieprzejednanych ciemnościach.
Jest jeszcze coś, co najsampierw przykuwa uwagę. Trzy rzeczy mianowicie. Ruchliwy, wężowy ogon pomagający zachować równowagę. Kolce, bardziej przypominające zakrzywione ostrza, różnej długości i szerokości, wyrastające z pleców istoty. Oraz mrok ją otaczający. Bardziej głęboki niż noc, wydaje się płonąć na niej, nieregularnymi płatami odrywać od ciała, falować i krążyć, muskając ustawicznie jej skórę. Żywa ciemność tańczy między ostrzami, na ramionach i byczym karku potwora.
Nie wydaje żadnego dźwięku w odpowiedzi na krzyk dziewczynki. Idzie powoli, jednostajnie uderzając ciężkimi łapami o bruk. Już nie musi się kryć. Zdaje się napawać tą chwilą, smakować strach swej ofiary. Pazury klekoczą wściekle, uderzając jeden o drugiego. Klik, klik, klik...
Rosivid jest już nieopodal, jednak jeszcze za daleko, aby mógł zaatakować. Nic to, doskonale wie, co ma teraz zrobić. Czeka na odpowiednią chwilę. Już nie musi się śpieszyć. Widzi przeciwnika, ma go jak na dłoni, wie, czym jest. Ocenia. Słucha przez chwilę jęków swego dziedzictwa, zastanawia, czy powinien poddać się zewowi krwi...
Uderzenie pioruna. Teraz!
Płynnym ruchem dobywa Fobosa z pochwy i ciska w stronę bestii. Lodowe ostrze tnie przez uderzenie serca powietrze, by w końcu wbić się głęboko w opadającą powoli łapę o pięciu pazurach. Z rany popłynęła cienka stróżka srebrnej krwi, parującej i syczącej. Sztylet w mgnieniu oka zniknął z ciała istoty i pojawił się w ręku półdemona. Potwór odwrócił się bezszelestnie w stronę nowego wroga, nie zważając na ból. Ukryty w mroku łeb uważnie mu się przyglądał. Rosivid wykonał ten charakterystyczny ruch szyją, przy którym trzeszczą kości karku, i w milczeniu skinął głową. Dobył drugi sztylet.
I wtedy stwór zaryczał. Dolna szczęka wysunęła się z ciemności, ukazując kilka rzędów długich, cienkich niczym szpile zębów. Dźwięk, jaki popłynął z jego gardła przypominał ryk młodego smoka albo lwa. Albo demona. Płomienie mroku zatańczyły wściekle na karku i ramionach. Kolce nastroszyły się na podobieństwo futra. Szpony wydłużyły jeszcze bardziej.
Bestia ruszyła, zadziwiającą szybko, zadziwiająco bezszelestnie. Spięta, z górnymi kończynami przy ciele, pochylona. Diabelnie niebezpieczna. Rosivid spokojnie przyglądał się szarży. Zdrowy rozsądek kazał mu zejść z drogi. Zdrowy rozsądek nigdy nie sprawdza się w walce. Zabiłby go.
Gdy była tak blisko, że niemal widział refleksy odbijające się od jej wysuniętych w jego stronę pazurów, uskoczył lekko w bok, pochylił się, przetoczył przez lewe ramię. Tak jak się spodziewał, poczuł świst powietrza tuż nad głową, gdy próbowała dosięgnąć go poziomym ciosem umięśnionego ramienia. Impet spowodował, że poleciała dalej. półdemon wyprostował się, obrócił. Stwór także zakręcił się w powietrzu, wbił szpony w bruk aby wyhamować, po czym skoczył z miejsca w stronę Rosivida. Ten cofnął się nieznacznie, krok czy może dwa, ułożył sztylety wzdłuż przedramion, ostrzami na zewnątrz. Z głuchym uderzeniem istota wylądowała tuż przed nim, uniosła wysoko w powietrze górne kończyny i zaczęła młócić. Odbił jeden cios, potem drugi, trzeci, czwarty. Klingi raniły ją w nadgarstki, dzwoniły o pazury. Nie zaprzestając bloku, kopnął z rozmachem w jej krocze. Nie wydała żadnego dźwięku, lecz jakby trochę zwolniła, oklapła. Wykorzystał to - rękojeścią trzasną w ciemność podbródkowym, tam gdzie powinna być morda, zablokował następny cios, w okamgnieniu wykonał piruet, orząc ostrzem Deimosa jej klatkę piersiową. Kończąc obrót pochylił się, wydostał z morderczych, pazurzastych kleszczy, naznaczając przy tym pocałunkiem magicznej stali jej prawy bok.
Momentalnie obrócił się raz jeszcze, znalazł się za potworem, kopnął tuż nad ogonem. Bestia zatoczyła się, lecz w jedno uderzenie serca odzyskała równowagę. Odskoczyła. Mierzyli się przez chwilę spojrzeniami. Demoniczne, płomienne oczy kontra ciemność i pustka. Nastroszyła po raz wtóry kolce, ryknęła. Zaczęła zachodzić z boku, powoli stawiając kroki. Srebrna krew sączyła się leniwie z jej ran.
Ponownie skoczyła, tym razem długim, poziomym skokiem do przodu, z rozcapierzonymi szponami. Rosivid zrobił pół piruet i wyciągniętym sztyletem przejechał wzdłuż ramienia, które nieomal musnęło jego skórzaną kurtkę. Jedna tym razem bestia była na to przygotowana. Chlasnęła ogonem, uderzając po biodrach gdy był już za nią. Uderzenie zachwiało nim, pośliznął się na mokrym bruku. Natychmiast się przetoczył odwinął, zaparł na jednym kolanie, skrzyżował pod kątem ostrza. Tak ja przeczuwał, mocne uderzenie z góry zostało zablokowane, raniąc jeszcze bardziej krwawiący nadgarstek potwora. Nie był jednak w stanie uniknąć drugiego ciosu, z boku. Dostał zwiniętą pięścią po żebrach, czuł jak krew pojawia się pod ubraniem Zabolało. Impet ciosu wystrzelił go w górę. Jednak już w powietrzu zwinął się, ułożył opadające ciało. Wylądował na nogach, ze sztyletami gotowymi do ciosu.
Bestia doskoczyła do niego, pewna że uderzy bezwładnie o bruk. Pysk miała szeroko rozwarty, a ramiona odciągnięte do tyłu, za plecami. Błąd. Rosvid wykorzystał go bezlitośnie. Ciął zamaszyście, raz, drugi, trzeci, pełen ponurej determinacji. Echa jego dziedzictwa zatańczyły w umyśle. Czuł narastający gniew, wzbierającą niczym nabrzmiały potok nienawiść. Ciął dalej, bez zmiłowania, bez przerwy. Srebrna krew chlusnęła na jego kurtkę, szal, twarz. Dalej, dalej! Więcej krwi! Zablokował niemrawy atak z lewej strony, wbijając Fobosa w bark bestii. Przekręcił z furią. Usłyszał żałosny skrzek potwora, wizg poranionej istoty. W odpowiedzi wpakował Deimosa pod któreś z żeber i pociągnął do góry. Zaparł się o każdą z rękojeści, podskoczył w miejscu, skulił w powietrzu i z całej siły kopnął obunóż w pierś stwora. Bestia poleciała do przodu, zawodząc, upadła na mokry bruk. Po kilku oddechach zaczęła się niemrawo podnosić.
Deszcz wzmógł się jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe. Uderzył grom. Rosivid, oddychając chrapliwie podbiegł do bestii, która już była na nogach. Potężnym uderzeniem odtrącił słaby atak z góry. Jeden sztylet wbił tuż pod łokciem lewego ramienia, drugi w to samo miejsce w prawym. Oba przeszły na wylot. Zaparł się miejscu i powoli rozwarł napierające na niego, niczym olbrzymie kleszcze, kończyny. Zbliżył twarz do ukrytej w cieniach mordy potwora. Tym razem to on zaryczał, głośno, nieludzko. Piekielny ogień w całości wypełniał jego czarne oczy. Czuł niemal namacalną nienawiść, na granicy swej jaźni słyszał potępieńczą muzykę demonów, nakłaniającą go do porzucenia wszelkich zahamowań, do rozpoczęcia tańca krwi, bólu i nieopisanego cierpienia.
Nagle na jego ramionach zapłonął czerwony, demoniczny ogień, oświetlając wszystko dookoła. Płomienie furii tańczyły przez kilka chwil wściekle, nadając półdemonowi nieziemski, przerażający, złowieszczy wygląd. Lizały jego kurtkę i skórę, a mimo to nie wyrządzały mu żadnej krzywdy. To był jeden z darów, jakie otrzymał od swego ojca.
Puścił Fobosa, złapał oburącz za drugi sztylet i przekręcił mocno, z całej siły. Kości złamały się z obrzydliwym chrupnięciem, istota zawyła przeciągle. To było jednak dla niego jeszcze za mało. Zaciskając do krwi dolną wargę, pociągną Deimosa do siebie. Chrupnęło po raz kolejny. Ramię wyskoczyło ze stawów, bark pękł, łopatka się przemieściła. Kończyna zawisła bezwładnie. Wyszarpnął jeden sztylet, potem drugi i kopniakiem powalił po raz kolejny słaniającą się istotę.
Przez kilka minut przypatrywał, jak stwór próbuje się podnieść, jak pełza w kałuży swej srebrnej krwi. Ogień demonów już całkiem wygasł. Bestia, która od kilku miesięcy była nieposkromiona, która zabiła prawie pięćdziesiąt osób, kobiety, starców, dzieci, leżała teraz u jego stup, pokonana i niegroźna. Kwiliła jak bezbronne szczenię. Mrok, wcześniej tańczący na jej karku, ramionach, między ostrzami, teraz ledwie sączył się leniwie, jakby przygaszony, już pogodzony z losem. Rosivid podszedł bliżej, kucnął. Ciemność wokół łba także zelżała, coś tam było widać, ale nie za bardzo. Wiedział że nie może dać jej więcej czasu, bo w końcu zbierze siły i ucieknie. Wymacał szyję, podniósł sztylet do ciosu...
Grom uderzył nagle, w dzwonnicę świątyni kapłanów biedoty, rozjaśniając wszystko dookoła. Światło tym razem z łatwością przebiło się przez mrok otaczający głowę bestii. półdemon dojrzał jej największy sekret, którego nikt nigdy nie widział. Jej oczy. Zawahał się, po czym wyprostował, schował sztylety do pochew, cofnął o kilka kroków. Zastanawiał się w milczeniu. Nagle wszystko stało się dla niego jasne, tak oczywiste. Stwór posapywał powoli, ale już regularnie. Rosivid nie miał jedna złudzeń. Nie przeżyje nocy, nie ma na to najmniejszych szans. Ściągnął mokry i śmierdzący szal, potem rękawicę, i gołą rękę umazał w srebrnej krwi. Powąchał ją, posmakował. Teraz już nie zgubi tropu, nieważne jak daleko by był, jak daleko spróbowałby uciekać.
Odetchnął głęboko. Wzrokiem poszukał niedoszłej ofiary bestii. Siedziała nieopodal, pod ścianą jakiegoś budynku, otępiała, przerażona, owładnięta paraliżującą niemocą. Miała skręconą kostkę, szlochała....

*

Maerie na całe życie zapamiętała tamtą noc.
Najpierw bestia, widmo śmierci przepełniające strachem i rezygnacją. Chodząca nienawiść i gniew. Nie miała dokąd uciekać, zresztą, było to tak samo sensowne, jak rozkazywanie słońcu, aby wzeszło. Upadła na bruk, ból w stopie promieniował. Poddała się, pogodziła z losem, dała za wygraną. Czekała na śmieć. Tylko że ona nie nadeszła.
Zamiast tego pojawiła się czarna smuga ze sztyletami, cicha, przeraźliwie cicha. Nie widziała ich walki, nie chciała na nią patrzeć. Gdyby się odważyła, ujrzałaby... piękno? Mordercze, pozbawione emocji i uczuć, zabójczo niebezpieczne piękno. Piękno które zachwyca. Piękno walki i zabijania, przelewanej krwi i zwycięstwa. Nienawistne piękno demonów zamknięte w żylastym, chudym ciele odzianym w czerń, mierzące się z bezlitosnym, bezrozumnym pięknem dzikiego potwora, jego kolcami, szponami i mrokiem.
Maerie jednak na to nie patrzyła. Miała zamknięte oczy, jakby dzięki temu wszystko dookoła miało zniknąć.
Po kilku minutach, wraz z uderzeniem pioruna, wszystko ucichło, jeżeli nie liczyć monotonnie szemrzącego deszczu. Nie słyszała nic, lecz czuła, wyraźnie czuła gdzieś w sercu, jak coś do niej podchodzi. Coś z dogasającym gniewem i furią.
Powoli otworzyła oczy. Dojrzała postać odzianą w czerń, jej wybawcę. Sapnęła głośno gdy zrozumiała, że ma on czerwoną skórę i ogniste oczy.
- Nic ci nie jest? - wychrypiał cicho.
- N-nie! - pisnęła - proszę, zostawcie mnie, nic nie zrobiłam... - szloch. - Ja tylko tędy przechodziłam, to nie moja wina... Ja nic nie zrobiłam! Błagam...
- Poradzisz sobie?
- Tak, tak, tak! Tylko proszę, dajcie mi spokój, idźcie już, zanim to coś wróci.
- Już nigdy nie wróci.
I odszedł. A ona dowlokła się jakoś do burdelu.

*

Rosivid westchnął. Już dawno pogodził się z tym, że nie okazują mu wdzięczności. Wrócił do miejsca, w którym leżał potwór. Nie zdziwił się za bardzo, gdy ujrzał, że istoty już nie ma. Liczył na to. Wyraźnie widział smugę krwi w miejscu, w którym wspięła się na pobliski dach. Takie ślady nie były mu jednak w zupełności potrzebne. Doskonale wyczuwał, gdzie musi się udać.
Ruszył tropem bestii, która jedno oko miała zielone, drugie natomiast niebieskie.

*

Odczekał jakieś dwie godziny. Na wschodzie zaczynało już jaśnieć, ale daleko było jeszcze do pojawienia się słońca. Bez problemu znalazł kamienicę w której ukrył się stwór. Kilkupiętrowy, zmurszały, rozpadający się budynek, który kiedyś gdy jeszcze nie było tu dzielnicy biedoty musiał być bogatym i pięknym miejscem. Teraz jednak zamieszkiwały go biedne rodziny i rozmaici włóczędzy. Bestia miała swoją norę na ostatnim piętrze, a jedynym wejściem do niej było to na dachu.
Mieszkanie było niewielkie, zagracone, ale przytulne. Tonęło w ciemnościach, jeżeli nie liczyć jednej świeczki przy rozpadającym się łóżku. Śmierdziało świeżą krwią.
Leżał na podłodze, już w swej ludzkiej postaci, z głową opartą na wezgłowiu, kurczowo ściskając sprawną ręką prześcieradło. Wyłamane ramię sterczało pod dziwnym kątem, z licznych ciętych ran na piersi płynęła krew. Skroń miał posiniałą, zapewne od tego uderzenia rękojeścią sztyletu. Dyszał ciężko. Gdy Rosivid wkroczył do środka, niemrawo podniósł głowę i uśmiechnął się z bólem. Był nagi.
- Witaj, Maarv - powiedział cicho półdemon, stając w progu.
- Ach, witaj przyjacielu - wysapał tamten. - Pozwolisz, że nie wstanę by cię uściskać? Wyobraź sobie, coś mnie nie dawno dopadło...
- Wypadki chodzą po ludziach...
- Taa, szczególnie jak się nie uważa... - zakaszlał. - Dość już jednak. Wiedziałem, że w końcu do mnie przyjdziesz. Po cóż bowiem zostawiłeś mnie tam, wtedy? Chcesz się teraz napawać tą chwilą? Spytać, dlaczego to wszystko? Dokończyć swe dzieło? - zaśmiał się, lecz zaraz potem zacharczał obrzydliwe. - Powiem ci jeśli chcesz. Nie obchodzi mnie to, co się stanie później. Nie będę przed tobą skamlał jak pies. Jedno ci muszę tylko przyznać, postarałeś się, nie ma co.
Rosivid krzyżuje ręce na ramionach i opiera się o wypaczoną futrynę. Milczy. Czeka. Mają dużo czasu.
- Jak na to wpadłeś? - ciągnie dalej tamten, nie zważając na brak odpowiedzi. - Że bestia to ja?
- Nijak - odparł. - Dopiero teraz dowiedziałem się tego. Wcześniej, gdy zobaczyłem twoje oczy w tamtym ciele... Były tylko domysły.
- Zatem przypadek? Zabiłbyś mnie wtedy, gdyby nie to?
- Tak. W gruncie rzeczy to zawsze sprowadza się do przypadków.
Młodzieniec westchnął.
- Kończ to szybko.
- Najpierw cię wysłucham.
- Naprawdę? Ach, czyżby wielki Rosivid, tak przecież słynący ze swej obojętności, nagle zainteresował się moją historią? - kaszlnął. Mizerna klatka piersiowa zafalowała nieregularnie. - Dlaczegóż spotkał mnie tak wielki zaszczyt? Czyżby dobrzy bogowie raczyli się do mnie uśmiechnąć? A może to kara za wymordowanie tych brudnych biedaków? - zamilkł na chwilę. - Po co ci to? Interesujesz się tym? Tylko szczerze.
- Niedługo umrzesz. Nie chcesz może...
- Och, daruj sobie, bękarcie demonów! Nie jesteś kapłanem, nie chcesz słuchać mych grzechów. Nie obchodzi cię to! Najpierw niemal wyprułeś mi flaki, a teraz pragniesz pocieszyć? Chcesz informacji, wiedzy. Lepiej skończ z tą farsą, byle szybko!
- Mordowałeś ludzi. Bestialsko. Należało ci się...
- I kto to mówi? A ilu ty zabiłeś? Myślisz, że jesteś ode mnie lepszy, bo masz jakieś tam zasady? Tak, tak - zakaszlał przeciągle, grymas bólu przeciął jego nabrzmiałą twarz. - Słyszałem opowieści o tobie, o twoich zleceniach, o twoich ofiarach... Nigdy nie podniesiesz ręki na niewinną kobietę. Nigdy też nie zabijesz dziecka. Nawet nie używasz sobie w burdelu. Zaiste, godne to pochwały! Chodząca świętość z ciebie. Idealnie nadajesz się do dochodzenia sprawiedliwości.
Półdemon milczał.
- Jesteś podobny do mnie, nawet czasami gorszy, czy ci się to podoba, czy nie - mówił dalej Maarv. - Zabijasz dla pieniędzy, dobrych, złych, każdego, byle tylko ktoś ci zapłacił. Wmawiasz sobie, że masz zasady. To hipokryzja. Śmierć to śmierć, nieważne, jakie pobudki za nią stoją. Ja przynajmniej nie mogę się kontrolować, zabijam co popadnie, bez powodu, bo tak. Ty to wszystko widzisz, wszystko pamiętasz... Powiedz mi - uśmiechnął się obrzydliwie, ukazując świeżą przerwę po wybitych zębach. - Jak to, jest gdy patrzy się w oczy rodzinie, której odebrałeś ojca? Tak jak z tym kupcem, w Pavohyll, pamiętasz, było o tym całkiem głośno? Ile on miał dzieci? Sześcioro? Siedmioro? Czym zawinił? Niczym. Stanął po prostu po złej stronie. Wiesz co się potem stało z nimi, z jego żoną? Bo ja się domyślam... Co byłoby zatem dla nich lepsze? Śmierć z mojej ręki, szybka, ostateczna, czy może powolne umieranie i wegetacja, które ty im zafundowałeś?
- Usprawiedliwiasz się - odparł Rosivid, kucając przed nim, tak, aby ich spojrzenia były na tym samym poziomie. - To ty wmawiasz sobie, że nie możesz nad sobą panować. Jakby to miało cię wytłumaczyć. Ze mną jest inaczej. Nie mam złudzeń. Zabijam bo chcę, bo tak potoczyło się moje życie. Ty miałeś wybór.
- Wybór? Co ty możesz wiedzieć o wyborach... Ty, który przemykasz w cieniach....
- Zadziwiająco dużo, uwierz mi.
- Więc podziel się ze mną tą mądrością.
- Nie. To nie czas i miejsce na to.
- Czyżby? Na to zawsze jest pora - szarpnął się z bólu, zaskamlał cicho jak pies, westchnął. - A może... boisz się, że tak naprawdę... okłamujesz sam siebie? Może tak naprawdę zdajesz sobie sprawę, że... nigdy nie było żadnego „muszę”? Że to ty decydujesz. I w końcu: że przez swoją... obojętność sprowadzasz więcej zła niż całe... tabuny podobnych do mnie?
- Może. A może ty mimo wszystko próbujesz się wykręcić od mówienia? Usprawiedliwić się przed śmiercią? Uspokoić sumienie, wmawiając mu, że przed tobą i po tobie będą gorsi?
Zacharczał mocno.
- A po co? To i tak już nie ma... znaczenia. Wierz mi, w tym nie ma nic nadzwyczajnego. Byłem tylko jedną... z wielu form śmierci.
- Zaryzykuję. Mów. Także o tych, którzy ci to zrobili.
Maarv skrzywił się.
- Skąd wiara, że w ogóle tacy istnieją?
- To pewność. Sam nie byłbyś w stanie... uczynić sobie czegoś takiego. To nie jest także klątwa. Magia? Może. Bardzo potężna w każdym razie, skoro ani ja, ani Sivanius nie mogliśmy cię wykryć.
- Bardziej to skomplikowane niż myślisz - stwierdził młodzieniec, stękając.
- Więc zacznij od początku.
Westchnął, spróbował się poruszyć. Nic to nie dało. Oklapł jeszcze bardziej.
- Chyba tak będzie najlepiej - powiedział w końcu. - I najłatwiej. Od samego początku...

*

Wszystko zaczęło się od pragnienia.
Tak jak inni ludzie, tak i Maarv pragnął tylko jednego w życiu: szczęścia. Urodził się i dorastał w slamsach, więc jego marzenia nie mogły być wygórowane. I takie nie były. Nie mogą być inne w takim miejscu, zwłaszcza, jak jest się siódmym synem w wieloletniej rodzinie, której nigdy się nie przelewało. Od zawsze umiał sam sobie radzić, mimo swej niepozornej postury i chytrego wyrazu twarzy, który szybko go zdradzał. Żebrał, kradł, awanturował się. Należał do paczki podobnych mu gówniarzy, bez ustanku rozrabiających i szukających wrażeń będących wstanie rozwiać monotonnie kolejnych dni. Grupa rozpadła się po dwóch latał, gdy większość jego kumpli została zgarnięta przez straż miejską. On był jednym z tych nielicznych, którym udało się wywinąć. Wiele go to nauczyło - nieufności, pogardy dla szpicli, nienawiść do zdrajców. Tego, że każdego można kupić, jeżeli zaoferuje się odpowiednią cenę. Oraz częstego oglądania się za plecy.
Dzięki swej zaradności i sprytowi został jednym z ludzi Gevelereina. Płotką w pokaźnym stadzie kieszonkowców na usługach szefa. Nadal był nikim, lecz przynajmniej wiedział, na czym stoi. Miał szansę... na coś. Cokolwiek. Sam dobrze nie wiedział, co to miałoby być. Przeczuwał jednak, że dzięki szachrajstwom, cwaniactwu i braku skrupułów zaszedłby daleko, przynajmniej jako członek „świty” Gevelereina. Tak też się stało. No, prawie. Dość szybko odkrył, że najważniejsze są determinacja i upór, a umiejętności oraz talenty stanowią tylko przydatną, acz niekonieczną pomoc. Powoli, ale ustawicznie piął się w umownej hierarchii ludzi pracujących dla przywódcy podziemia. Kto wie, jak wysoko by zaszedł, gdyby nie bestia. Życie potrafi się popieprzyć na każdym etapie.
Potem nadeszło pragnienie zemsty.
Poznał dziewczynę, zakochali się w sobie. Była dla niego wyjątkowa, jedyna. Inna od kobiet, z którymi się stykał, jakby wyrwana z zupełnie odmiennego świata i ciśnięta tutaj. Nie pochodziła stąd, koleje losu zmusiły ją do zamieszkania w tym miejscu z rodziną. Taka czysta, taka niewinna, nie dająca się zepsuć otaczającej ją rzeczywistości, pełna wiary i nadziei, ufności. Tym nim owładnęła, to sprawiło, że stracił dla niej głowę. Jego jedyna, dla niej skoczyłby w ogień, wyprawił na koniec świata, pokonywał smoki. Tak przynajmniej wtedy myślał. Dużo później, gdy emocje opadły i pogodził się z losem, zrozumiał mimo wszystko, że do takiego szczęści dążył. Nie chciał żadnego innego, nie potrzebował. Kochał ją prawdziwie, a i ona jego również. To im wystarczyło.
Ckliwe? Romantyczne? Być może. Ale któż powiedział, że taka miłość, takie uczucie nie jest wstanie zaistnieć? Zwłaszcza w dzielnicy nędzy, przeżartej brudem i zgnilizną, pełnej zezwierzęconych ludzi skupionych na zaspokajaniu prymitywnych żądz? Nie zawsze jest jednak tak, jak myślą niektórzy, ci mądrzy i nieomylni znawcy rzeczywistości, cynicznie oceniający innych. Świat posiada swe przebłyski jasności, tak jak posiada smugi najczarniejszego cienia. Życie pisze różne historie. Te mroczne i krwawe są opowiadane po tawernach, słuchacze zachwycają się nimi, traktują poważnie. Te zwykłe i normalne, takie jak ta, miłość rzezimieszka do zwykłej tawernowej służki, zapomina się i wyśmiewa, traktuje jak niestworzone opowiastki, dobre dla znudzonych kobiet i dzieci, coby im do głów wcisnąć różne głupoty. Jednak istnieją, czy się to komuś podoba, czy nie. Nikłe światełko szczęścia wśród mroków głupoty, obojętności i frustracji, wśród rozpadającego się świata kurew, bandziorów i traktowania innego człowieka niczym ścierwo, którym można się posłużyć, wykorzystać i potem wyrzucić na śmietnik. Nadzieja na lepsze jutro. Wiara, że świat nie jest tak do końca popieprzony.
To nie bajka. To życie. Historia ta nie kończy się zatem szczęśliwie. Nie mogłaby. Nie dziś, nie tutaj, nie w tym świecie. W innym? Może. Nie warto jednak w to wierzyć.
Zabili ją. Zgwałcili w jakiejś alejce jak wieczorem wracała z pracy, a potem poderżnęli jej gardło. Ciało zostawili, okrwawione, splugawione, tak niepodobne do jego ukochanej. Początkowo myślał że to jakieś ścierwa ze slamsów. Tak jednak być nie mogło - Gevelerein odkrył już wtedy jego przydatny talent do zapamiętywania i przydzielił go Sivaniusowi. Nikt nie ośmieliłby się tknąć jego kobiety, zrobić jej krzywdy, nawet krzywo na nią spojrzeć. Potem dopiero dowiedział się, że byli to jacyś gówniarze z bogatej dzielnicy, synkowie kupczyków i szlachciurów, którzy zapragnęli przygód i adrenaliny, znudzeni swym dostatnim życiem. Pozbawienie życia kogoś z dzielnicy biedoty? Dla nich to było jak splunięcie do rynsztoka albo pstryknięcie palcami. Przecież nikt się nie przejmuje biedakami.
(Tutaj na kilka oddechów Maarv zamiera. Milczy jeszcze przez chwilę, wpatrzony w pustkę przed sobą, nieobecny, daleki. Rosivid zauważa łzy napływające do przekrwionych oczu chłopaka, strużkę krwi wypływającą z ust. Palce sprawnej ręki zaciskają się jeszcze mocniej na prześcieradle.)
Wtedy dowiedział się, co to znaczy prawdziwa nienawiść. Wcześniejsze były to ledwie nikłe cienie tego uczucia. Prawdziwa nienawiść spala od środka, oczyszcza żywym ogniem. Tworzy człowieka na nowo. Sprawia, że myśli inaczej, prościej, bardziej celnie. To najlepsze z możliwych katharsis. Najgorsze z możliwych doświadczeń. Znienawidził wszystko - świat, że jest jaki jest, bogów, że nie interweniowali, ludzi z którymi przyszło mu żyć, bo byli dla niego najgorszymi potworami. Siebie w końcu, ponieważ nie potrafił nic zrobić, nawet jej pomścić. Próbował, lecz okazało się, że są dla niego zbyt niedostępni, a Gevelerein, mimo usilnych próśb, nie chciał nic zrobić, w obawie przed utratą intratnych kontaktów z kupieckim światkiem. A także ze strachu. Tak przynajmniej Maarv sobie wmawiał, snując się nocami po tawernach i zapijając swe smutki w źle wydestylowanym alkoholu. Jego świat się zawalił. Życie straciło sens? Tak, czuł się złamany, pobity, pokonany. Jakby ktoś odebrał mu część duszy, a wraz z nią wiarę, nadzieję, szczęście.
Nikt nie był wstanie zrozumieć jego bólu, nikt nawet nie próbował. Odsunęli się od niego, pozostawili samemu sobie. Skończył tak jak wtedy gdy zaczynał. Całkiem sam, zdradzony przez wszystkich, przez ich głupotę i ignorancję. Nienawidził ich, tak bardzo nienawidził!
Tak bardzo cierpiał... Tak bardzo użalał się nad sobą, płakał, że nie potrafił czasami dostrzec, co, czy raczej kogo, stracił. Kogo już nigdy nie będzie. Kto już nigdy się do niego nie uśmiechnie, nie pogładzi się po policzku, nie szepnie dobrego słowa. W czyje czarne włosy nigdy już się nie wtuli, w czyje brązowe oczy już nigdy nie spojrzy. Skupił się na sobie i swoim bólu tak bardzo, że zapomniał o ukochanej. Egoizm. Dopiero miesiąc później, gdy już mrok bestii na dobre rozgościł się w jego duszy, zrozumiał w pełni, co tak naprawdę stało się z nim i ze światem, w którym żył. Żył? Czy raczej może wegetował?
Na sam koniec zostało już tylko jedno pragnienie. Pragnienie krwi.
Złapali go którejś nocy, gdy wracał podpity z karczmy. Czterech pokaźnych dryblasów. Ogłuszyli, związali, założyli kaptur na łeb. Zaciągnęli go gdzieś, w ciemność, w wilgoć. Gdzie śmierdziało. Stanął przed niepozornym staruszkiem o zimnych, wręcz lodowatych niebieskich oczach. Skinął tylko głową i powiedział, że to ten, że się nadaje. Potem złożył propozycję nie do odrzucenia...
- Obserwowaliśmy cię - stwierdził zachrypniętym, niskim głosem. - Wiemy wszystko o twojej niedoli. Mamy dla ciebie rozwiązanie. Coś, co ukoi twój gniew, zagłuszy rozpacz. Dar, który pozwoli ci zasmakować zemsty. Dar bezkarnego zabijania. Moc, która sprawi, że będziesz niepokonany, a żadna stal nie będzie ci wstanie zrobić krzywdy. Nowe, inne, lepsze życie którego od zawsze pragnąłeś. Damy ci władzę, szacunek. Damy ci strach jako broń. Jedyne co musisz dla nas zrobić, to zabijać. Tutaj, w slamsach. Chyba nie jest to dla ciebie żaden problem, prawda?
- Może i tak... - odparł powściągliwie, nie do końca pewny, co się wokół niego dzieje.
- Spójrz na tych... ludzi - starzec wypowiedział to słowo z wyraźnym niesmakiem. - Mieszkających w tym miejscu, wegetujących na skrawkach życia. Przecież ich nienawidzisz. Gardzisz nimi, pomiatasz. Gdzie byli gdy cierpiałeś po stracie ukochanej? W karczmach, w burdelach, na ulicach. Odwrócili się od ciebie, ślepi i głusi, zajęci swymi sprawami. Miałbyś ich żałować? A czemuż to? Ukarz ich, niech cierpią. Wszyscy.
- Gdzie jest w tym wszystkim haczyk?
- Nie ma. Jedyne co musisz, to podporządkować się. Będziesz zabijał każdej nocy, dopóki nie każemy ci przestać. Nie będziesz wtedy człowiekiem, Poza tym jednym razem, gdy oddasz się zemście, niczego nie zapamiętasz. Nie możesz też nikomu o tym powiedzieć, w przeciwnym bowiem wypadku zginiesz. Sprawimy, że magia cię rozerwie na strzępy.
W normalnych okolicznościach zawahałby się. Miał jeszcze sumienie, powoli wykruszające się jego resztki. Był złodziejem, nie mordercą. Zemsta? W jej imię miałby zabijać bogu ducha winnych ludzi, sąsiadów, znajomych? Morderców to i owszem, ale innych? To prawda, zostawili go, lecz czyż on nie był od nich lepszy, czyż nie traktował z taką samą obojętnością nieszczęść i krzywdy innych?
Wtedy jednak, pijany i przepełniony goryczą, zawahał się tylko przez chwilę.
- Dlaczego to robicie? - spytał bez entuzjazmu.
- Powody, dla których to czynimy, nie są dla ciebie ważne. I niech tak pozostanie, dla twojego dobra.
- W takim razie... Czy mam zatem jakiś wybór? - pokusił się o retoryczne pytanie.
- Nie - starszy mężczyzna najwyraźniej nie czuł delikatnej ironii poprzedniego pytania. - Jeżeli odmówisz, złamiemy twój umysł, zrobimy z ciebie bezwolną kukłę na naszych usługach, całkowicie posłuszną, bezmózgą, gotową na każdy rozkaz. Okazujemy jednak naszą dobrą wolę. Wybieraj.
Cóż miał więc powiedzieć? Zgodził się. Miał bowiem jakiś wybór? Czy kiedykolwiek go miał?
Rytuał pamiętał jak przez mgłę. Pojedyncze obrazy, wrażenie ustawicznego spadania. Oraz ból. Dużo bólu, całe jego oceany. Chyba krzyczał, wierzgał przykuty do ołtarza. Wyzywał wszystkich i wszystko, bluźnił. Potem poczuł ogień w piersi, dziwną lekkość i jasność umysłu. Siłę.
Dar pulsował w nim mrokiem. Rodziło się pragnienie, nad którym, jak się później okaże, nie będzie mógł zapanować.

*

- Okłamali mnie, okłamali w każdym słowie - wyszeptał do Rosivida, kuląc się jeszcze bardziej z narastającego bólu. - Wszystko, każde zdanie było podszyte kłamstwem. Nigdy nie miałem nad sobą kontroli po przemianie. Wydawało mi się, jakbym siedział u kogoś innego w głowie i patrzył, co robi. Nie mogłem nawet opuścić slamsów pod postacią bestii, żeby dopaść morderców mojej ukochanej. Coś mi na to nie pozwalało, coś wewnątrz mnie zabraniało. Gdy natomiast jako człowiek byłem poza dzielnicą, nie przemieniałem się. Zresztą, tak naprawdę mało kiedy mogłem opanować przedzierzganie w bestię, ledwie kilka razy mi się to udało. Pamiętałem każde zabójstwo, byłem w pełni świadomy tego co robię, każdej pieprzonej śmierci. Zabijałem co popadnie, bez względu na to, czy była to kobieta, dziecko, staruch czy jakiś skurwiel, któremu się należało. Jak na ironię, to właśnie tych niewinnych skrzywdziłem najwięcej. To nie miało nic wspólnego z zemstą, nic wspólnego z karaniem kogokolwiek. To były morderstwa, bezsensowna rzeź.
Zamilkł. Przez kilka chwil oddychał ciężko, nieregularnie.
- Na samym początku dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Po kilku pierwszych zabójstwach chciałem z tym skończyć, zrobić coś, cokolwiek, byle zaprzestać tego koszmaru. Powiesić się, powiedzieć komuś, choćby i Sivaniusowi i zostać rozerwanym na kawałki, albo skoczyć z jakiegoś budynku by złamać sobie kark. Nie mogłem jednak. Byłem tchórzem. Jestem nim nadal. A poza tym...
Uśmiechnął się złośliwie.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Rosividzie, jak bardzo zabijanie pod postacią bestii uzależnia. To działa jak narkotyk. Chcesz więcej, szybciej, częściej, mocniej, byle tylko czuć się jak bóg. Dla tych biedaków byłem bogiem. Miałem taką władzę, taką potęgę, taką moc! Bali się mnie, krzyczeli na mój widok, prosili, błagali na kolanach o litość. Nie było litości, nie mogło być o niej mowy. Strach! Wszystko w gruncie rzeczy sprowadzało się do strachu. To strach przede mną dawał mi radość, pozwalał się czuć kimś wyjątkowym, panem życia i śmierci, wybrańcem. Oto ja, niepozorny rzezimieszek któremu odebrano jedyną osobę, jaką kochałem, ja więc, mały i zapomniany, w tej krótkiej chwili przed rozszarpaniem ofiary na kawałki, byłem dla niej całym światem, początkiem i końcem. Nemezis. Byłem kimś! Chodzącą śmiercią, kresem niewinnych żywotów.
- Dlatego więc...
- Dlaczego więc zabijałem? Bo mogłem! Bo miałem taką możliwość, bo wiedziałem, co to znaczy prawdziwa nienawiść, prawdziwy gniew, prawdziwa żądza! Przestała się liczyć zemsta, sumienie, niewinność. Było tylko pragnienie krwi. Brzydzę się wszystkimi ludźmi, tym bydłem, które uważa się za wyjątkowe. To ścierwa, zamknięte w swych ciasnych umysłach, sprzedające się za byle co, za namiastkę szczęścia, skupione na miałkich przyjemnościach ciała. Nienawidzą siebie bardziej niż ja czy ty jesteśmy w stanie nienawidzić ich. Dlaczego mam ich zatem żałować? Bo tak nakazują inni, zasady, które wymyślili, aby lepiej rządzić tłuszczą? Obyczaj? Tradycja? Przeklęci bogowie którymi obaj gardzimy? Nie rozśmieszaj mnie. Otaczają nas sami skurwiele i hipokryci. Dla nich zabić to jak splunąć. I nie mówię tu tylko o slamsach! Wszędzie ich zobaczysz, uśmiechniętych złośliwie, wierzących w swoją pozycję, ustanawiających prawa które mają bronić ich, a nie dochodzić sprawiedliwości...
Sapnął z bólem.
- Jesteśmy potworami - mówił dalej. - Każdy z nas. Ja, ty, oni. My dwaj tylko wyglądamy gorzej, zło jest w nas bardziej widoczne. Brak nam ich finezji w krzywdzeniu innych. Widzą nasze twarze, patrzą na naszą brutalność, boją się naszej broni, lecz sami nie dostrzegają, jak wiele bólu, jak wiele cierpienia wyrządzają, w imię własnych przyjemności i wygodnego życia, w imię braku jakichkolwiek problemów. Czymże jednak byłoby istnienie bez przeciwności losu? Zapomnieli, oni wszyscy, od prostego chłopa po samego Imperatora, oni wszyscy więc zapomnieli, że szczęście - Rosivid wstrzymał oddech. Ogniki w jego oczach zmniejszyły się do dwóch niewyraźnych kresek. Poczuł, jak włosy jeżą się na jego karku - nam się nie należy. Że trzeba o nie walczyć, wydrzeć je światu przemocą, wyrzeczeniami i trudem...
Chłopak westchnął.
- Rosividzie? Jesteś jeszcze tu?
- Tak.
- Tracę wzrok. Już blisko. Dobij mnie. Proszę.
- Nie.
Zakaszlał. Mówił teraz cicho, przeraźliwie cicho. Ledwie rzęził.
- Nie mam złudzeń. Jestem złem. Czystym, bezrozumnym, wyzutym z emocji i uczuć. Należało mnie zabić.
- Przeceniasz sam siebie.
- Czyżby? - uśmiechnął się ponuro. - Może. Pewnie masz rację, w końcu tobie to nigdy nie uderzyło do głowy... Nie chcę przebaczenia, nie chcę, żeby ktokolwiek mnie usprawiedliwiał, tłumaczył, że to tak naprawdę nie była moja wina. To nie ma sensu. Takie coś byłoby naprawdę wielką hipokryzją. Zrobiłem to wszystko, to była moja decyzja. Wiem, że gdy w końcu umrę, ludzie odetchną z ulgą, a potem o mnie zapomną. Zapomną że kiedykolwiek była tu bestia. Gevelerein wytrze sobie mną gębę w swych politycznych gierkach, żeby tylko utrzymać stołek i obronić się przed wrogami. Po latach będę straszył dzieci w opowieściach na dobranoc - zamilkł. - Wiesz jednak czego teraz pragnę, w tej chwili? Zrozumienia. Chciałbym żeby chociaż jedna osoba była wstanie mnie zrozumieć. Żeby powiedziała „rozumiem”...
Rosivid milczał. Czy rozumiał?
Przypomniał sobie swoją przeszłość. Płonący dom, swe ukrzyżowanie. Żonę i córkę, obie umierające, złożone u jego stóp, niczym w jakiejś krwawej pogańskiej ofierze. Przypomniał sobie swój płacz, bolesne wyciąganie gwoździ ostatkiem sił, ból. Jak potem tulił głowę swej ukochanej do piersi, szepcząc niczym mantrę „wszystko dobrze, już wszystko dobrze”. Jak ona ostatkiem sił dziękowała mu za te kilka chwil szczęścia. Przypomniał sobie, jak grzebał ich ciała gołymi dłońmi, opuchniętymi i okrwawionymi. Swój ryk pełen gniewu i straty nad ich grobami, w deszczu podobnym do tego, jaki był za oknem. Przysięgę zemsty, której nigdy nie dokonał, którą pozostawił za sobą, gdy zatracił się w innym życiu. Raz tylko próbował i skończyło się to dożywotnim zesłaniem na Wyspę Czaszek, największe więzienie w Imperium, zabijające w skazańcach wszystko, co umożliwiało im bycie człowiekiem. Uciekł stamtąd po piętnastu latach, poświęcając przy tym sobie podobnych. Dalej, przypomniał sobie Thallys'avaynayne, Smoczycę Cieni pod której skrzydła trafił, która nauczyła go wszystkiego co teraz umiał, dała mu sztylety i kurtkę. Dała mu możliwości i determinację. Oraz nowe życie.
„Czego zatem chcesz?” spytała, gdy błagał ją o naukę.
„Zabić. Zabić ich wszystkich” odparł bez wahania.
„Więc niech tak się stanie.”
Potem przypomniał sobie ojca. Ohydny, rogaty pysk patrzący na niego przez portal pewnego demonologa. Oczy takie same jak jego. Groza, nienawiść, gniew. Ogień.
„JESTEŚ PRZEKLĘTY MÓJ SYNU. NA ZAWSZE PRZEKLĘTY!”
Lata bólu, nienawiści, krzywdy, poniżenia. Śmierci. Poczucie straty. Emocjonalna pustka. Pragnienie krwi. Nie tak inne, jak pragnienie Maarva. Czasami nawet bardzo podobne. Bardziej niżby tego chciał.
Życie. Parszywa sprawa.
- Rozumiem - powiedział w końcu.
- Dziękuję - odparł chłopak resztkami sił.
- Powiedz mi, gdzie oni są. Ci, którzy stworzyli bestię.
- W kanałach. Gdzieś tam - machnął ręką w stronę zagraconego kąta. - Jest rysik i kartka papieru. Narysuję ci drogę.
półdemon szperał kilka chwil w miejscu wskazanym przez młodzieńca, milcząc.
- Jesteś pewny? Ślepniesz.
- Hej, przecież mam doskonałą pamięć, czyż nie? To żaden problem.
Sprawną ręką nakreślił prosty plan. Trwało to trochę.
- I co teraz? - Maarv patrzył niewidzącymi oczyma w pustkę.
- Znajdę ich i się z nimi rozprawię.
- A co ze mną? Dobij mnie. Nie chcę się dłużej męczyć.
- Zostawię ciebie, abyś umarł w milczeniu, sam. To jedyne miłosierdzie, na jakie zasługujesz.
- Albo kara.
- To już zależy od ciebie.
Zabójca ruszył w stronę wyjścia.
- Rosividzie?
Zatrzymał się. Nie obrócił.
- Wiesz czego się teraz najbardziej boję? - milczenie. - Ciemności... jej długich pazurów sięgających po mnie w tej chwili... Pustki która jej towarzyszy... Osamotnienia...
Nie odpowiedział. Wyszedł.

*

Maarv umarł wraz z pierwszymi promieniami słońca pojawiającymi się na wschodzie. Patrzył na nie przez niewielkie okienko w swej klitce. Jego ostatnim wspomnieniem była twarz ukochanej.
Bestia nie żyła już wcześniej.

*

Było kilka chwil po brzasku, gdy dostał list od mistrza. Jak zwykle przysłano go za pomocą magii. To, co w nim przeczytał, przeraziło go.
Zabito bestię!
Sprawdzonymi sposobami wezwał pozostałych braci i siostry w wierze na natychmiastowe spotkanie. Musieli się w spokoju zastanowić, podjąć odpowiednie kroki. Nie można było porzucić zadania zleconego przez mistrza, to było pewne. Trzeba znaleźć nową ofiarę, stworzyć nowego potwora, który dokończy dzieło. Oraz pozbędzie się samozwańczego pogromcy, mającego odwagę przeciwstawić się wizji jego mentora.
Szybko się ogarnął i wyszedł ze swego małego mieszkanka. Slamsy jeszcze spały głębokim niezasłużonym snem, zanurzone w dobrodusznej nieświadomości. Z przezorności kluczył przez kilka minut zatęchłymi uliczkami. Nie chciał, aby ktokolwiek, powiedzmy jakiś podchmielony bywalec karczmy czy rzezimieszek imaginujący sobie łatwy zarobek, zwrócił przypadkiem na niego uwagę. Oraz żeby ktoś taki nieopatrznie za nim podążał, wiedziony zdrożną ciekawością. Ciekawscy ludzie żyją krócej - zawsze to powtarzał. A wściubiający nosa w nie swoje sprawy kończą jako pokarm dla potworów czających się w mrokach, lub zostają zaszlachtowani w brudnym zaułku. Albo zostają poszukiwaczami przygód. Na jedno zresztą wychodzi.
W końcu uznał, że wystarczy tej zabawy w kotka i myszkę ze samym sobą i udał się w dobrze znane mu miejsce.
Wbrew pozorom nie jest łatwo dostać się do kanałów. Miasto, zgodnie ze swym rozmiarem, miało potężnie rozwinięty system ścieków, skomplikowanych niczym labirynt lub korytarze w kopalniach. Dlatego też rada miejska robiła wszystko, aby nikogo do nich nie dopuszczać. Oczywiście, nic z tych prób nie wychodziło. Kanały były domem dla różnorakich potworów, biedaków i innych wykolejeńców, a poza tym stanowiły doskonałe miejsce do załatwiania brudnych interesów. Jednakże, nie można było do nich wejść ot tak sobie. Kratki odpływowe zabezpieczono ciężkimi żelaznymi sztabami, zresztą, były za małe, by przecisnął się ktoś inny niż wychudzone dziecko. Można też było próbować dostać się ujściem. Znajdowało się ono jednak poza murami miejskimi, przy rzece, a poza tym trzeba było mieć klucz do zabezpieczające je furty.
Mało kto jednak wiedział, że istniały ukryte przed postronnymi wejścia, wykonywane na polecenia ludzi zdających sobie sprawę z przydatności miejskich kanałów. Takich wejść było niewiele, dobrze zamaskowanych i niedostępnych. Wykopywano je najczęściej w piwnicach opuszczonych budynków lub domach zaufanych osób. Gevelerein miał pod swoim zamtuzem takie jedno, jedno też było w świątyni kapłanów biedoty, inne w „Pod pijany gadem”...
Mistrz podał mu lokalizację mało znanego, prawie zapomnianego wejścia w piwnicy jednej z opuszczonych ruder, jakich pełno było w slamsach. W kanałach już, zgodnie ze wskazówkami mentora, odnalazł zamaskowaną i zapieczętowaną salę, służącą kiedyś podobnym jemu. Była idealna.
Szedł powoli, z rozwagą stawiając stopy, aby tylko nie wpaść po kolano w cuchnącą maź, która i tak sięgała mu do kostek, oraz śmierdziała jak stado demonów. Czuł jak stare ciżmy przemakają. To było w tym wszystkim najgorsze. Musiał często kupować nowe buty. Jedna para wystarczała najwyżej na trzy, cztery takie spacery. Wysoce nieekonomiczne.
Nagle coś zaszemrało zanim, na granicy słyszalności. Co to?
Szczury. Tak, to musiały być szczury. Pełno ich przecież tutaj, prawda?
Prawda?
W końcu znalazł się na miejscu. Dotknął odpowiednich kamieni we właściwej kolejności, tak jak poinstruował go kiedyś mistrz. Ściana przed nim zadrgała niczym rozgrzane powietrze, po czym zniknęła, ujawniając przerdzewiałe drzwi zabezpieczone stalowymi sztabami, sprowadzonymi i zamontowanymi z jego polecenia. Pozostawił je lekko otwarte. Tylko on znał formułę niezbędną do otwarcia - pozostali jego towarzysze byli tej wiedzy pozbawieni. Nie była to żadna reguła czy nakaz z góry, lecz dzięki temu czuł, że ma odrobinę większą namiastkę władzy nad tymi ludźmi.
W sieni przebrał się w ceremonialną szatę starszego akolity. Popatrzył na swe wysuszone dłonie. Wyglądał na starego, lecz taki nie był. Miał najwyżej trzydzieści pięć lat. To służba sprawiła, że wyglądał i czuł się ja zgrzybiały dziadek. To też było najgorsze. Kolejne z poświęceń, aby móc tylko doświadczyć prawdy. Aby tylko móc wierzyć.
Każdy potrzebuje wiary. W pieniądze, prawa, miłość, przyjaźń. W skurwysyństwo tego świata. Od biedy mogą to nawet być bogowie, choć dla wielu jest to ostateczność. Nawet najbardziej zatwardziały racjonalista wierzy. W logikę, w niepodważalne zasady rządzące światem, w doświadczenie i możliwość poznania rzeczywistości tylko za pomocą zmysłów. I jest wstanie bronić tego wszystkiego z uporem nie gorszym niż u religijnego fanatyka.
Wszedł dalej. Obrzucił spojrzeniem komnatę. Duża, przestronna, tonąca w mroku. Gdzieś tam pleśń, gdzieś indziej pajęczyny. Po bokach ma niewielkie alkowy do których nigdy nie zagląda światło płomieni. Posadzka jest trochę popękana. Na końcu ma podwyższenie, na nim zaś ołtarz z czarnego kamienia, prawie zawsze pusty i wilgotny. Obrzędy nie wymagają ani ksiąg, ani szczególnych artefaktów. Wystarcza wspólnota.
Nie śpiesząc się, przygotował wszystko. Nie było tego wiele - ot, zapalić cztery pochodnie, które i tak niewiele rozświetlają, pomyśleć nad słowami, których użyje, zwracając się do braci i sióstr, pomodlić się do Pana, choć, jak twierdził mistrz, nie ma sensu tego robić. Pan nie odpowiada na modlitwy, nigdy też ich nie słucha. Bo i po co? Nie potrzebuje ich, jest wystarczająco silny. On jednak nie mógł się odzwyczaić. W jego dawnym życiu ojciec zawsze modlił się przed wieczerzą, zmuszając do tego całą rodzinę, czasami nawet i pasem. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Podobno.
Nie widział, bo nie mógł wiedzieć, było zbyt ciemno dla jego miłujących dzień oczu, a on sam stał tyłem do wejścia, jak ciemny kształt bezszelestnie przemyka w mroku, zagłębiając się w mgnieniu oka w cienie jednej z alków. Znika tam, jakby nigdy go nie było. Nie rusza się. Czeka, przyczajony.
Demoniczne oczy żarzą się przytłumionym ogniem.
Wszyscy na coś czekamy.

*

Dlaczego to robił? Dlaczego po prostu nie wrócił do Gevelereina aby odebrać nagrodę i zniknąć? Razem z tym, co dostał od Złodziei Cienia byłaby to niezła sumka.
Bo to byłoby niewłaściwe?
Nigdy nie obchodziło go, co jest właściwe, a co nie. To nie miało znaczenia. Może dla innych, lecz dla niego - nie. Tak jak dla innych on był bez znaczenia, a także jego życie.
Każdy dba o siebie. Zawsze to powtarzał.
Może robił to dlatego, że tak było trzeba?
Nikt nigdy nie podejrzewał go o choćby śladowy cień sumienia. Było trzeba? Cóż zatem takiego było trzeba? Powstrzymać jakiś szaleńców przed stworzeniem kolejnej bestii? Przed wymordowaniem bandy szubrawców, którym nawet może się należało?
Na dobrą sprawę powody tak naprawdę nigdy nie mają znaczenia. Robimy to, co uważamy za słuszne, bez oglądania się na innych. A przynajmniej postępują w ten sposób obdarzeni odwagą, ci, dla których ważniejszy jest spokój własnego ducha, własnego sumienia, niż kilka krzywych spojrzeń tchórzów i ignorantów. Ci, którzy nie mają nic do stracenia i nie boją się cierpienia. Oni zatem idą ścieżką dobra, bo czują, że powinni to robić. Nie dla poklasku, zysku czy sławy.
Czy on zatem taki był? Kiedykolwiek? Miał zasady? Nadal ma?
To nie miało znaczenia. Nie teraz, nie dziś... Kiedyś? Może. Dawniej nawet czasami miał czas i chęci zastanawiać się nad takimi błahostkami.
Cholera, zbyt wiele razy już to słyszał.

A może robił to dlatego, że wtedy, nie całkiem przecież dawno, a mimo to wystarczająco, aby dosięgły go wątpliwości, wtedy zatem powiedział to jedno słowo umierającemu Maarvowi.
„Rozumiem.”
Dlaczego zatem przeciwstawiał się złu? Dlaczego, tak jak inni, nie odwrócił się doń plecami i przyzwolił milczeniem na zasianie kolejnego z jego niezliczonych czarnych ziaren? Przecież to i tak nie miało znaczenia, czy zakończy to dziś, czy jednak pozwoli rozwijać się temu dalej. Różnorakich skurwysynów na świecie jest nie mało, zatem śmierć kilku z nich niczego nie zmieni. Dlaczego więc?
Bo było to właściwe. Bo było tak trzeba. Bo powody nie mają znaczenia. Bo rozumiał.
Bo tak.

*

Jakże zabawne z nich ludziki. Personifikują zło, nadają mu swe własne cechy, pragnienia, przywary. Imaginują sobie, że zło jest realną siłą, tworem, bytem, istotą w którą można uderzyć, której można się przeciwstawić, którą można pokonać. Czy zdają sobie sprawę z tego, że zła nie można opisać, nazwać jednoznacznie, przyjrzeć się mu, ocenić? Zło nie przybiera wielu twarzy, bowiem tych twarzy nie posiada. Nie podlega prawom, nie jest jakimś wyobrażeniem, zasadą rządzącą Albenem, podstawowym pierwiastkiem wszechświata. Nie jest tym bardziej ideą, podłóg której można żyć, którą można wyznawać.
Jedno jest jednak pewne. Nie można go odkryć, ukazać światłu. Nikt bowiem z nas, nieśmiertelnych i śmiertelników, nie może przyjąć do wiadomości jedynej zasady, którą można przyporządkować temu czemuś, co w swej ignorancji nazwaliśmy złem.
Ono tkwi w każdym z nas. Jest z nami nierozerwalnie związane. Na zawsze.
Łatwiej jest przecież wskazać półdemona i powiedzieć że jest zły. Że jest złem. Zaszufladkować, popełnić tą największą ze zbrodni, jaką potrafią popełniać śmiertelnicy. Oraz spłycić wszystko, zredukować do wytartych powiedzeń i skostniałych poglądów.
Zabawne ludziki. Są jak dzieci. Zbrodnie, które popełniają, z uśmiechem lub powagą, w imię przyziemnych spraw - własnego dobra, wygody, egoizmu - w najlepszym przypadku gotowi są nazwać niegodziwością. W najgorszym zaś - życiowym podejściem do świata.
Czyż to właśnie nie jest zło? To, oraz ciągłe wybieranie łatwiejszej ścieżki?

*

Zebrali się wszyscy.
Jedenaście osób. Cztery kobiety i siedmiu mężczyzn, w tym on, ich duchowy przywódca. Towarzysze w wierze. Lecz także, w większości przynajmniej, neofici, nieświadomi podniosłości wydarzeń, w których uczestniczą. Skupieni bardziej na swym zwykłym życiu tam, na zewnątrz, nie potrafią jeszcze pojąć, jak bardzo wiele zależy od nich samych, od osobistego poświęcenia i ofiary. Ale to się zmieni, a przynajmniej on wierzył taką możliwość. Tak - coraz częściej łapał się na tym, że sprowadzał wszystko do zagadnienia wiary. Dla niego nie było to jednak bierne czekanie na cud, przepełnione fanatyzmem i ciemnotą, lecz spokojna nadzieja i ufność w pana. Miał jednak wątpliwości, czy mistrz zaaprobowałby taki sposób myślenia. No, ale mistrz był teraz daleko, można powiedzieć, że nawet bardzo daleko, i, mimo że wiedział o wielu rzeczach mających miejsce w mieście, nie interesował się zbytnio wydumanymi przemyśleniami swego jedynego ucznia. Miał ważniejsze sprawy, pilne, niecierpiące zwłoki.
Popatrzył w skupieniu na zebranych, nie odzywając się. Tam, na zewnątrz, udawali że są dla siebie obcy, że się nie znają. Tak było bezpieczniej dla wszystkich. Wygodniej. Tutaj jednak byli sobie bliscy. Łączyła ich wspólna idea, wspólny cel, marzenia. Oraz, do czego nie przyznawał się sam przed sobą, iluzja zyskania władzy, bogactwa, poważania i szacunku. Zwłaszcza tego ostatniego. Szacunek i strach - dwa największe pragnienia, które motywowały do działania. Strach - niech inni się boją, padają z przerażenia przed nimi, wymawiają ich imiona z trwogą. Tylko w ten sposób mogą być wysłuchani, tylko tak są w stanie zaspokoić swą rządzę władzy. Szacunek - bo tylko z szacunku wyrasta posłuszeństwo, poważanie, władza. Jedno jest nierozerwalnie związane z drugim. Szacunek wynika ze strachu. Strach rodzi szacunek.
Sekta. Tak trzeba ich nazywać. Tym w istocie było to zgromadzenie, niczym więcej. Nawet jeżeli głosili coś innego, tłumaczyli swe czyny inaczej, ubierając je w piękne słowa, byli tylko sektą. A on był tylko zwykłym akolitą, wysłanym tu z polecenia swego mistrza. Dlatego więc zachowywali te wszystkie środki bezpieczeństwa, kryli się i czatowali, czekając na sygnał od mentora. Bali się zdemaskowania, inkwizycji, procesów i spalenia na stosie. Mimo to podjęli ryzyko - nagroda bowiem wyglądała na bardzo obiecującą.
Dla niego jednak było to coś więcej. On wierzył. Ta myśl dodała mu otuchy.
- Bracia i siostry w wierze! - powiedział głośno, wyraźnie, powoli cedząc każde słowo. - Tej nocy zdarzyła się wielka tragedia dla naszego zgromadzenia! Tragedia, która może zaważyć na pomyślności zadania zleconego przez naszego mistrza! Zabito bestię!
Cichy szmer zdumienia przebiegł pomiędzy nimi.
- W tym oto liście - wyjął z sakwy rulon papieru. - Nasz przywódca informuje mnie o tym haniebnym czynie, który miał miejsce ledwie kilka godzin temu. Zaprawdę, jego przenikliwość i dalekowzroczność jest darem jedynego pana. Mistrz stwierdza ponadto, że zabicie narzędzia jego woli nie może pozostać bez echa, że bez nowej bestii powodzenie jego i naszej misji w tym mieście jest zagrożone. Musimy zatem, pisze, znaleźć nowe naczynie dla mocy i odprawić kolejny rytuał, stworzyć nowego potwora, który, oprócz tego że dokończy to, co rozpoczęła tamta, to jeszcze pozbędzie się niedoszłego pogromcy, który nieopatrznie wszedł nam w drogę!
Wszyscy skwapliwie pokiwali głowami.
- Chwalmy Ahsara, pana demonów, wroga światłości - powiedziała rozemocjonowana któraś z kobiet.
- Oby dał nam siłę a naszemu mistrzowi moc spoglądania na to, co ukryte przed wzrokiem maluczkich - zawtórowała jej druga, przepełniona ekstazą.
- Żałosne - odezwał się inny głos, gdzieś z drugiego końca komnaty, nieprzyjemnie zachrypnięty, drażniący i pełen gniewu. - Wszyscy jesteście żałośni. I głupi.
Stał przy wyjściu, odziany w czerń, z płonącym spojrzeniem demonicznych oczu. Ostrza dzierżonych przez niego sztyletów błyskały niepokojąco w świetle pochodni.

*

Cisza.
Wilgotne powietrze komnaty niemal trzeszczy od emocji. Uwielbiał tę chwilę, gdy wychodził z cieni do niczego się nie spodziewających ofiar. Mógł niemal smakować ich strach, całej jedenastki. Ich zwierzęce przerażenie. Była to jedna z niewielu rzeczy, które dają mu przyjemność. Móc spojrzeć w ich zlęknione oczy i dojrzeć tam żałosne próby buntu wobec wyroków losu. Nieświadomość zbliżającej się śmierci. Bezskuteczne próby zaprzeczeń. „Nie, przecież to nieprawda, to nie może tak być, to jeszcze nie koniec! Mam rację? Mam rację?” Niemal mu było ich przykro.
Stali jak skamieniali, milczący, niepewni tego, co mają robić. Słowa i gesty... W takich chwilach coś jego ofiarą mówi, że wszelkie słowa i gesty są niepotrzebne. Nieważne coby powiedzieli, i tak brzmiało by to... żałośnie? Beznadziejnie? Chyba raczej groteskowo. Tak jak zaszczute zwierze przeczuwa zbliżającą się do niego śmierć, tak oni nie byli wstanie wydać z siebie żadnego dźwięku na widok kroczącego w stronę akolity Rosivida.
- Przybywam w imieniu Maarva. Mam wyrównać z wami rachunki. Podziękować.
- Jesteś jednym ze sług pana - powiedział spokojnie akolita. - Nie zaatakujemy cię. Odejdź.
- Zatem ułatwiacie mi robotę.
- To ty go zabiłeś, prawda? - ledwie widoczne skinięcie. - Dlaczego? Powinieneś być z nami, po naszej stronie, pomagać mistrzowi. Jesteś przecież demonem.
Płomienie w jego oczach zatańczyły wyraziściej.
- Życie zwykło nie do końca układać się po naszej myśli. Nie wszytko dzieje się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Nasze wyobrażenia zbyt często różnią się od stanu faktycznego. Bywa.
- Ale dlaczego...
- To bez znaczenia. Równie dobrze mógłbyś pytać o wasze powody.
- To nasze zadanie - odparł skwapliwie akolita. - Zlecone przez mistrza. Musimy je wypełnić. Chcemy. Niczego więcej nie musimy wiedzieć. Dostaliśmy polecenie...
- Nie obchodzi mnie to. Tak samo jak to, że sam siebie okłamujesz. Oraz ich.
- Nie kłamię - powiedział z wahaniem. Strach w jego sercu na chwilę odpełzł. - Czy wierzysz demonie? Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek wierzyć? W bogów, w przeznaczenie?
- Nie próbuj kupić sobie kilku oddechów więcej, głupcze! - syknął wściekle Rosivid. - Nie myśl sobie że jesteś w stanie przekonać mnie do swoich racji. Nie jesteś dobrym klechą, który wysłucha moich żalów. Wiem do jakich skurwysyństw są zdolni podobni do ciebie. Jedno z nich już zabiłem.
- Odpowiedz. Proszę.
Chwila ciszy.
- Nie. Nigdy. To wasi bogowie, ludzi, elfów, innych chodzących w świetle dnia. Nie moi. Nigdy nie zgiąłem karku w świątyni, nigdy nie modliłem się. Nienawidzę bogów, każdego, nawet twego mrocznego Ahsara, choć według ciebie powinienem mu pięty całować. Gardzę nimi, od zawsze. Zadowala cię taka odpowiedź? A może nie pasuje do twego obrazu o bogach, głupcze? Wiedz zatem, że nie jestem demonem. Nigdy nie będę. Nigdy też nie poprę zła i szaleństwa które jest waszym udziałem.
Jeszcze więcej milczenia.
- Możesz sobie wyglądać na niewinnego dziadunia - mówił dalej Rosivid. - Lecz i tak wiem, czym naprawdę jesteś. Miałem już doświadczenie z fanatykami i szaleńcami, tak od dobrych, jak i od twojego boga. Nie mów zatem, że działacie w imię wyższego celu, bowiem takiego nie ma! Chyba że celem jest śmierć i cierpienie niewinnych, oddawanie ich dusz na pożarcie demonom.
- Skoro nigdy nie wierzyłeś, nie jesteś w stanie nas zrozumieć. Nie wiesz, co to oznacza żyć dla idei. Poświęcić dla niej wszystko, całe życie. Uważasz że to co czynimy, jest złem. Jakim prawem szafujesz swoją ignorancją na lewo i prawo, bez najmniejszego nawet umiaru? Jakim prawem uznajesz, że to co czynimy w imię Ahsara, jest złem, skoro nic o nas nie wiesz?
- Bo znam swego ojca. On dostatecznie mnie oświecił na temat tego całego Wielkiego Planu Ahsara. Nie wiem, jakimi kłamstwami cię nakarmiono, to teraz mało ważne, podobnie jak to, z jakich pobudek działasz ty oraz ta twoja zgraja głupców. Widziałem na własne oczy czyny demon